Resident Evil: Witajcie w Raccoon City

Zwień­cze­nie Cap­co­mo­we­go week­en­du na łamach Kon­glo­me­ra­tu Pod­ca­sto­we­go. Zaczę­li­śmy z wyso­kie­go C i tak samo też koń­czy­my. Sick i Rychu oma­wia­ją rewe­la­cyj­ny hor­ror kla­sy B, w sty­lu naj­faj­niej­szych pro­duk­cji Joh­na Car­pen­te­ra. Po abso­lut­nym zjeź­dzie jako­ścio­wym w dniu wczo­raj­szym wybór znów pada na „Resi­dent Evil”, któ­re­go naj­now­sza adap­ta­cja wła­śnie wje­cha­ła na ekra­ny kin! Wra­że­nia abso­lut­nie na świe­żo, a dru­giej takiej sytu­acji pręd­ko w naszej serii nie uświad­czy­my. Posłu­chaj­cie i dowiedz­cie się, dla­cze­go „Welco­me to Rac­co­on City” to naj­lep­sze co spo­tka­ło tę serię od lat i dla­cze­go fan­ba­za, jak zwy­kle, się myli!

Rafał Siciński

http://brzuchwieloryba.blogspot.com

Urodziłem się w połowie lat 80tych i tamta dekada jest najbliższa mojemu sercu. Lubię popkulturę w prawie wszystkich jej przejawach (poza tańcem w telewizji i programami reality show). Jestem miłośnikiem dobrej fantastyki: przede wszystkim horroru i science fiction.

Marek Wyszyński

Typowy dzieciak urodzony w latach '80. Kocha gry komputerowe, horror, nie pogardzi dobrym fantasy, czy science fiction. Uwielbia seanse złych filmów, ale tylko w dobrym towarzystwie.

One thought on “Resident Evil: Witajcie w Raccoon City

  • 14 grudnia 2021 at 17:40
    Permalink

    Wiel­kie dzię­ki za recen­zję. Zachę­co­ny zamiesz­czo­nym opi­sem, prze­mo­głem się i ruszy­łem do kina. Nie żału­ję, choć zwia­stun nastra­jał mnie… Nie ma sen­su prze­bie­rać w sło­wach – zwy­czaj­nie mnie odstra­szył. Co się tyczy same­go fil­mu, fani serii powin­ni sta­nąć po jego stro­nie. Bez koze­ry moż­na powie­dzieć, że mamy do czy­nie­nia z jed­ną z naj­lep­szych adap­ta­cji (aktor­skich, ale pew­nie i w ogó­le) gry. Patrząc na ilość wygłu­pów – nie­za­mie­rzo­nych i tych jak naj­bar­dziej świa­do­mych – obec­nych w dwóch pierw­szych grach (naj­now­sze czę­ści ode­szły od tej japoń­skiej prza­śno­ści w przed­sta­wie­nia posta­ci ste­ro­wa­nych przez gra­cza), nie nale­ży spo­dzie­wać się dra­ma­tu psy­cho­lo­gicz­ne­go lub raso­we­go horroru. 

    Być może w nega­tyw­nych recen­zjach fil­mu pobrzmie­wa kom­pleks młod­sze­go bra­ta popkul­tu­ry. Ludzie ina­czej pamię­ta­ją posta­ci z gier, a ina­czej sobie je wyobra­ża­ją. Myślę, że pod­świa­do­mie chce­my, by adap­ta­cje gier zyska­ły uzna­nie w oczach osób nie­gra­ją­cych. To para­doks, bo gry z napraw­dę dobrą fabu­łą nie wyma­ga­ją adap­ta­cji. Adap­tu­je się prze­waż­nie te tytu­ły, któ­rym tego brak (mówię głów­nie o adap­ta­cjach aktorskich).

    Resi­dent Evil to nie Silent Hill. Od reży­se­ra nie ocze­ku­ję, że będzie wal­czył z ory­gi­na­łem. Ma wydo­być na wierzch to, co stoi za suk­ce­sem mate­ria­łu źró­dło­we­go. Według mnie naj­now­sza adap­ta­cja łączy w sobie to, co naj­lep­sze w serii: wybuch zom­bie-apo­ka­lip­sy, posta­ci kre­ślo­ne gru­bą kre­ską, nie­wy­ma­ga­ją­cy humor i zamknię­te loka­cje, z któ­rych zawsze jest jakieś ukry­te wyjście. 

    I, tak – sce­na z zapal­nicz­ką i strze­la­niem w mro­ku prze­bi­ja wszyst­ko. Jak wycię­ta z fil­mu kla­sy „A”.

Comments are closed.