Resident Evil: Witajcie w Raccoon City
Zwieńczenie Capcomowego weekendu na łamach Konglomeratu Podcastowego. Zaczęliśmy z wysokiego C i tak samo też kończymy. Sick i Rychu omawiają rewelacyjny horror klasy B, w stylu najfajniejszych produkcji Johna Carpentera. Po absolutnym zjeździe jakościowym w dniu wczorajszym wybór znów pada na „Resident Evil”, którego najnowsza adaptacja właśnie wjechała na ekrany kin! Wrażenia absolutnie na świeżo, a drugiej takiej sytuacji prędko w naszej serii nie uświadczymy. Posłuchajcie i dowiedzcie się, dlaczego „Welcome to Raccoon City” to najlepsze co spotkało tę serię od lat i dlaczego fanbaza, jak zwykle, się myli!
Podcast: Play in new window | Download


Wielkie dzięki za recenzję. Zachęcony zamieszczonym opisem, przemogłem się i ruszyłem do kina. Nie żałuję, choć zwiastun nastrajał mnie… Nie ma sensu przebierać w słowach – zwyczajnie mnie odstraszył. Co się tyczy samego filmu, fani serii powinni stanąć po jego stronie. Bez kozery można powiedzieć, że mamy do czynienia z jedną z najlepszych adaptacji (aktorskich, ale pewnie i w ogóle) gry. Patrząc na ilość wygłupów – niezamierzonych i tych jak najbardziej świadomych – obecnych w dwóch pierwszych grach (najnowsze części odeszły od tej japońskiej przaśności w przedstawienia postaci sterowanych przez gracza), nie należy spodziewać się dramatu psychologicznego lub rasowego horroru.
Być może w negatywnych recenzjach filmu pobrzmiewa kompleks młodszego brata popkultury. Ludzie inaczej pamiętają postaci z gier, a inaczej sobie je wyobrażają. Myślę, że podświadomie chcemy, by adaptacje gier zyskały uznanie w oczach osób niegrających. To paradoks, bo gry z naprawdę dobrą fabułą nie wymagają adaptacji. Adaptuje się przeważnie te tytuły, którym tego brak (mówię głównie o adaptacjach aktorskich).
Resident Evil to nie Silent Hill. Od reżysera nie oczekuję, że będzie walczył z oryginałem. Ma wydobyć na wierzch to, co stoi za sukcesem materiału źródłowego. Według mnie najnowsza adaptacja łączy w sobie to, co najlepsze w serii: wybuch zombie-apokalipsy, postaci kreślone grubą kreską, niewymagający humor i zamknięte lokacje, z których zawsze jest jakieś ukryte wyjście.
I, tak – scena z zapalniczką i strzelaniem w mroku przebija wszystko. Jak wycięta z filmu klasy „A”.