O tym, jak Mando został superbohaterem
Poznaj genezę jednego z największych superbohaterów uniwersum Ziemia 1979. W jaki sposób doszło do jego przemiany? Jaki wpływ na nią miała rodzina? Jaki wpływ ona miała na rodzinę? Czy ratowanie życia wpływa na nasze zdrowie? Jakie uzyskujemy z tego profity? Czy superbohater może zajadać w nocy kremówki, a dzień zacząć od bułki z serem i szklanki mleka? Na te i inne pytanie znajdziecie odpowiedź w dzisiejszym, wyjątkowym, podcaście.
Podcast: Play in new window | Download


W ewentualnych zyskach zapomniałem jeszcze o tym, że krew można sobie odliczyć od podatku. To nie są jakieś wielkie kwoty ale zawsze trochę grosza.
Słuchaj, ja mam praktycznie przez cały rok chore zatoki. Czy myślisz, że to wyklucza mnie jako potencjalnego dawcę?
Choroba wyklucza, ale jeśli akurat przez – nie wiem – dwa tygodnie jesteś czysty, to możesz się wybrać. Możesz wcześniej zadzwonić do centrum i dopytać, czy jest sens, żebyś przychodził, albo po prostu powiedzieć co i jak lekarzowi przed oddawaniem, najwyżej Cię odeśle do domu. Mnie chyba dwa razy odesłano bez oddawania. Raz miałem za niską hemoglobinę a raz tak wysokie ciśnienie, że się dziwili, że w ogóle przyszedłem (a czułem się spoko).
Sory, że nie odpowiedziałem. Nie zauważyłem komentarza. Ale tak naprawdę to nie mam pojęcia 🙂
Świetny podcast! Chcę drugą część! Więcej anegdotek! Więcej detali! Więcej!
Super podcast. Także liczę że powstanie jeszcze jeden podcast o tej tematyce, tym razem już bardziej dla ludzi obeznanych, gdzie znalazłyby się opowieści z centrum krwiodawstwa i te weselsze i te mniej 🙂
Sam oddaję krew od 3 lat. Średnio trzy razy do roku. Na początku to była tylko i wyłącznie chęć niesienia pomocy 🙂 Teraz już doszedł do tego przywilej zwolnień z roboty, więc oddaję krew gdy praca koliduje mi z jakimś ważnym pokazem filmowym (a pracuje też nocami, toteż maratony albo pokazy w DKFach czasami mi uciekają). Nawet gdybym jednak przeszedł na dzienną zmianę to jestem pewien że krwiodawstwo mnie nie straci 😉
Co ciekawe do teraz jakoś nie uważam by same wizyty w centrum były przyjemne. Raz że cholernie nie lubię widoku wbijania igły. Krew to tam spoko, mogę ją oglądać litrami, ale miałem ostatnio taką sytuację że aparatura przestała pompować. Wtedy pani podeszła do mnie i zaczęła grzebać tą igłą w żyle, aż się blady zrobiłem i pobranie skończyło się na 350 ml bo się bali że zemdleję. Jeśli jeszcze się z tym nie oswoiłem to chyba nigdy do tego nie dojdzie… Nie mam pojęcia jak ja wytrzymałem w szpitalu gdy miałem w sobie wenflon 😀 Druga sprawa że u mnie to personel w większości (nie mówię że wszyscy, zdarzały się przemiłe osoby) jest jakiś taki oschły. Nie mówię że niemiły, ale strasznie mechanicznie podchodzą do pacjenta. A zdarzyło się że opieprzyli kogoś za pominięcie jakiejś czynności, miast wytłumaczyć.
Nie piszę powyższego by jakąś złą reklamę, co to, to nie. Raczej w ramach wymiany doświadczeń 🙂 Mówię tylko iż mimo że jakoś nigdy nie lubiłem samej procedury, cieszę się że jestem krwiodawcą. I ma to oczywiście sporo zalet, prócz naturalnie niesienia pomocy, i zwolnień o których wspominałem. No choćby ludzie których spotykam w kolejce. Jeśli mam jakieś ale do personelu to do samych krwiodawców nigdy. Zawsze mili, pomocni, skorzy do rozmowy. Ostatnio nawet zagadałem się tam o książkach. Do tego, po powrocie czuję się bohaterem w swoim domu: wszyscy rzucają się na czekolady. Dlatego najlepszą, kokosową, zjadam już w autobusie 😛
Generalnie spoko sprawa. Za dwa tygodnie mam najbliższą wizytę. A może popełnię mały eksperyment i wybiorę się na oddanie krwi w innym mieście, bo będę na wyjeździe. Chętnie zobaczę jak to wygląda w innych placówkach. Jeśli już mowa o eksperymentach to nigdy nie oddawałem płytek ani osocza, to również przede mną. Kiedyś na pewno spróbuję.
Jeżeli chodzi o igły, to doskonale Cię rozumiem. Nie boję się pobierań krwi czy zastrzyków, ale sam widok igły/igieł/strzykawek zawsze wzbudza we mnie negatywne emocje 😀
nigdy nie patrzę na wbijaną igłę. Oddawałem 78 razy i zawsze odwracam głowę. A co do grzebania igła, skrzepów itd. to te anegdotki własnie wolałem ominąć ale fakt zdarzają się sytuacje bardzo nieprzyjemne.
Też nigdy nie patrzę. Raz tylko trochę zerknąłem i nie mam zamiaru tego powtarzać. Zawsze jak już się szykuję do wbicia, to szukam jakiegoś tekstu w busie do czytania albo sobie liczę potęgi dwójki, fajnie to odwraca uwagę 😀
Mam na liczniku 27 oddań przez jakieś 10 lat. Trochę mało na rok tego wychodzi, ale staram się utrzymywać jakąś regularność, jeśli akurat jestem w formie.
Też lubię oddawać w „specjalnych okresach”, czyli głównie przed Świętami, ale najbardziej to na Woodstocku – ludzie podchodzą tam do tego równie poważnie, jak wszędzie indziej, ale wiadomo, że atmosfera jest luźna, jest sympatycznie i zawsze mam wrażenie, że dobrze zacząłem imprezę. I co ciekawe, nie miałem jeszcze tak, żeby się tam słabo po tym czuć, choć to kilka intensywnych dni i kiepsko przespanych nocy. A czasem po prostu coś w dobrych warunkach nie pyknie i po oddawaniu w zasadzie nic tylko się położyć do łóżka, bo nie jestem w stanie normalnie funkcjonować.
3 rocznie wychodzi mniej więcej. Dość długo trzymałem taką średnią, Dopiero przez ostatnie lata znów mi tak odwaliło, że chodziłem zaraz jak był termin i dlatego raz mnie odesłali z kwitkiem. Mówię o tym na początku i potem miałem wyjaśnić ale zapomniałem. Jak się oddaje dokładnie do 8 tygodni to po 6 oddaniach trzeba zrobić jakieś 4 tygodnie dodatkowej przerwy bo 8 tygodni x 6 wychodzi 48 tygodni a w roku jest 52. A mężczyźni nie mogą więcej niż 6 razy w ciągu minionych 12 miesięcy. Także jak ktoś trzyma regularność to zawsze trzeba sprawdzać szóste oddanie wstecz czy minął już rok.
Nie wyobrażam sobie oddać na Woodstoku. Nie wyobrażam sobie oddać na Pyrkonie. Za stary jestem na takie akcje 🙂