Tekst uka­zał się pier­wot­nie na Carpenoctem.pl Sko­men­tuj pod pier­wot­nym postem!

Na ryn­ku wydaw­ni­czym w latach 90-tych kró­lo­wał cha­os. Sprze­da­wa­ło się wszyst­ko i to w zatrwa­ża­ją­cej ilo­ści egzem­pla­rzy, a skut­ko­wa­ło to nie­wiel­ką dba­ło­ścią o jakość ofer­ty. I nie cho­dzi o nagmin­ne pro­ble­my z tłu­ma­cze­nia­mi, czy stro­ną edy­tor­ską wydań, ale o fakt, że na rów­nych pra­wach ofe­ro­wa­no powie­ści auto­rów już uzna­nych i sła­bych rze­mieśl­ni­ków. Domi­no­wa­ły oczy­wi­ście czy­ta­dła, któ­re kiep­sko zno­szą pró­bę cza­su, o czym mogli się już prze­ko­nać sta­li czy­tel­ni­cy nasze­go cyklu, ale w tym cha­osie moż­na było wyło­wić nie­jed­no­krot­nie praw­dzi­we per­ły. A za takie nale­ży uznać „Księ­gi krwi” Clive’a Bar­ke­ra.

Zacznę od stwier­dze­nia, któ­re wie­lu czy­tel­ni­ków może obu­rzyć, a nie­któ­rzy uzna­ją je wręcz za here­zję. „Księ­gi krwi” to dla mnie chy­ba naj­lep­szy zbiór opo­wia­dań gro­zy (lub, jak chcą nie­któ­rzy, weird fic­tion) z jakim dane mi było obco­wać. Uprze­dza­jąc pyta­nia, znam zarów­no kla­sy­kę Poego i Love­cra­fta, jak i wie­le krót­kich form, jakie stwo­rzy­li zna­ko­mi­ci współ­cze­śni pisa­rze. Uprze­dza­jąc kolej­ne, Ligot­ti dopie­ro przede mną.

Bar­ker to pisarz bar­dzo nie­ty­po­wy i dość nie­rów­ny. Nie­ty­po­wy ze wzglę­du na spe­cy­ficz­ny styl, któ­rym ope­ru­je, a któ­ry może odrzu­cić wie­lu czy­tel­ni­ków oraz ze wzglę­du na fakt, że jego obse­sją jest cie­le­sność. Nie­ste­ty jest tak­że auto­rem nie­rów­nym i nigdy nie wie­my czy tra­fi­my na soczy­ste jabł­ko („Ima­ji­ca”, „Potę­pień­cza gra”), czy zgni­ły owoc („Cabal”). Jeże­li jed­nak macie ocho­tę spró­bo­wać się z jego twór­czo­ścią, to jego lite­rac­ki debiut, czy­li „Księ­gi krwi” nada­je się do tego celu wyśmie­ni­cie.

„Każ­dy z nas jest Księ­gą krwi / Gdzie­kol­wiek nas otwo­rzyć krwa­wi­my”

Zbiór zawie­ra zale­d­wie sześć opo­wia­dań, któ­re na pierw­szy rzut oka poru­sza­ją dość wyeks­plo­ato­wa­ne w lite­ra­tu­rze gro­zy tema­ty. Nawie­dzo­ne miej­sca („Księ­ga krwi”, „Yat­te­ring i Jack”), seryj­ni mor­der­cy („Noc­ny pociąg z mię­sem”), czy prze­moc w domu popraw­czym („Blu­es świń­skiej krwi”). Ale tu abso­lut­nie nic nie jest oczy­wi­ste, a wyświech­ta­ne moty­wy prze­fil­tro­wa­ne przez bar­ke­row­ską obse­sję cia­ła i skłon­ność do maka­bry dają napraw­dę nie­zwy­kłe efek­ty. Boha­te­ro­wie każ­do­ra­zo­wo muszą się zmie­rzyć z nie­wy­tłu­ma­czal­nym i nawet kie­dy wyda­je się Wam, że wie­cie w któ­rą stro­nę zmie­rza opo­wieść, finał każ­dej z nich przy­pra­wi Was o ciar­ki na ple­cach.

Jestem wiel­kim fanem krót­kiej for­my, a to co dla mnie w opo­wia­da­niach naj­waż­niej­sze to pomysł. A pod tym wzglę­dem „Księ­gi krwi” robią na mnie nadal ogrom­ne wra­że­nie. W tytu­ło­wym opo­wia­da­niu fał­szy­we medium, Simon McNe­al, zapła­ci wyso­ką cenę za igrasz­ki z siła­mi, któ­rych nie rozu­mie. W „Noc­nym pocią­gu z mię­sem” (któ­ry jak wie­le tek­stów Bar­ke­ra docze­kał się ekra­ni­za­cji) autor odkry­je przed nami stro­nę Nowe­go Jor­ku, o któ­rej ist­nie­niu lepiej nie wie­dzieć. A w „Seks, śmierć i świa­tło gwiazd” tajem­ni­czy Pan Lich­field poja­wi się na ratu­nek pod­upa­da­ją­ce­mu teatro­wi. Oczy­wi­ście pod pew­ny­mi warun­ka­mi.

Ale moje trzy ulu­bio­ne tek­sty to humo­ry­stycz­ny „Yat­te­ring i Jack”, w któ­rym pomniej­szy demon pró­bu­je, na zle­ce­nie same­go Bel­ze­bu­ba, ścią­gnąć do pie­kła nie­ja­kie­go Jac­ka Polo. „Blu­es świń­skiej krwi”, gdzie Bar­ke­ro­wi uda­ło się już od pierw­szych zdań wykre­ować nie­sa­mo­wi­ty kli­mat zagro­że­nia i bez­na­dziei, któ­ry potę­gu­ję się z każ­dą chwi­lą aż do abso­lut­nie sza­lo­nej kul­mi­na­cji. I przede wszyst­kim, „W górach, mia­stach” – to opo­wia­da­nie każ­dy miło­śnik gro­zy prze­czy­tać po pro­stu powi­nien. Nie waż­ne ile razy do nie­go wra­cam, bar­ke­row­ska wyobraź­nia osza­ła­mia mnie z tą samą siłą.

„Księ­gi krwi” to lek­tu­ra dość uni­ka­to­wa i wzbu­dza­ją­ca skraj­ne emo­cje. Ja od momen­tu kie­dy się z nią zapo­zna­łem nie uwol­ni­łem się od hip­no­ty­zu­ją­cych wizji Clive’a Bar­ke­ra, ale mam peł­ną świa­do­mość, że jego dosad­ny, epa­tu­ją­cy obrzy­dli­wo­ścią i ero­ty­ką styl wie­lu czy­tel­ni­ków może odrzu­cić. War­to jed­nak dać twór­cy „Hel­l­ra­ise­ra” szan­sę, tym bar­dziej, że mimo bli­sko 30 lat od pre­mie­ry „Księ­gi krwi” to kla­sa sama w sobie. I tyl­ko szko­da, że od cza­su pierw­sze­go pol­skie­go wyda­nia w 1991 roku nie docze­ka­li­śmy się wzno­wie­nia. Mam nadzie­ję, że wkrót­ce któ­ryś z rodzi­mych wydaw­ców nad­ro­bi to nie­do­pa­trze­nie i kolej­ne poko­le­nia fanów gro­zy dowie­dzą się, co kry­ją góry byłej Jugo­sła­wii.