Jest Legendą

Richard Mathe­son to ame­ry­kań­ski pisarz i sce­na­rzy­sta, któ­ry za Wiel­ką Wodą cie­szy się ogrom­ną esty­mą. Współ­twór­ca legen­dar­ne­go seria­lu „Stre­fa mro­ku”, to postać któ­ra sta­ła się inspi­ra­cją wie­lu twór­ców opo­wie­ści nie­sa­mo­wi­tych, w tym tak uzna­nych jak Ste­phen King, czy Roger Cor­man. Żyjąc w bło­giej igno­ran­cji przez lata sądzi­łem, że powieść „Jestem legen­dą”, czy­li jed­na z jego nie­wie­lu wyda­nych w Pol­sce ksią­żek, to swe­go rodza­ju odstęp­stwo od pra­cy dla kina i tele­wi­zji. Po pro­stu twór­czość Mathe­so­na pozna­wa­łem wła­śnie ze szkla­ne­go ekra­nu. Z zapar­tym tchem śle­dzi­łem odcin­ki „Twi­li­ght zone”, dosko­na­le pamię­tam swój pierw­szy seans (wte­dy nie mia­łem poję­cia, że sce­na­riusz powstał na pod­sta­wie opo­wia­da­nia) „Poje­dyn­ku na szo­sie” Spiel­ber­ga i rewe­la­cyj­ne fil­my z cor­ma­now­skie­go cyklu ekra­ni­za­cji Poego, z „Zagła­dą domu Ushe­rów” na cze­le. Już ta lista poka­zu­je jak wszech­stron­nym twór­cą był Mathe­son. Kie­dy w pew­nym momen­cie zaczą­łem lek­tu­rę powie­ści gra­ficz­nej na bazie „Jestem legen­dą” zapo­zna­łem się sze­rzej z doko­na­nia­mi Mathe­so­na. I dozna­łem lek­kie­go szo­ku uzmy­sło­wiw­szy sobie, że lite­ra­tu­ra była rów­nie waż­ną czę­ścią jego twór­czo­ści jak kino.

Poważ­niej­sze­go szo­ku dozna­łem uzmy­sło­wiw­szy sobie, że tak sza­no­wa­ny autor, w Pol­sce prak­tycz­nie nie był wyda­wa­ny. Z tym więk­szą rado­ścią powi­ta­łem anto­lo­gię „Jest legen­dą” wyda­ną już jakiś czas temu przez Sine Qua Non i sta­no­wią­cą hołd dla jego twór­czo­ści. Książ­ka tro­chę na pół­ce u mnie prze­le­ża­ła, ale jak wia­do­mo urlo­py sprzy­ja­ją nad­ra­bia­niu zale­gło­ści i w koń­cu uda­ło mi się z tym zbio­rem zapo­znać. I bar­dzo żału­ję, że zro­bi­łem to tak póź­no, bo to anto­lo­gia tek­stów na rów­nym, wyso­kim pozio­mie. Dla mnie jest to o tyle zaska­ku­ją­ce, że poza paro­ma uzna­ny­mi nazwi­ska­mi (duet King/Hill, Paul F. Wil­son) więk­szo­ści auto­rów nie zna­łem. I choć wszyst­kie tek­sty moż­na zakla­sy­fi­ko­wać jako opo­wie­ści nie­sa­mo­wi­te to mamy tutaj fan­ta­sty­kę nauko­wą i thril­ler, hor­ror i opo­wieść oby­cza­jo­wą. Peł­na róż­no­rod­ność.

Z tego sma­ko­wi­te­go mixu trud­no mi wybrać tek­sty, któ­re naj­bar­dziej mi się spodo­ba­ły. Ale posta­no­wi­łem wyróż­nić te, któ­re szcze­gól­nie moc­no zachę­ci­ły mnie do się­gnię­cia po ory­gi­na­ły. A na pierw­szy ogień pój­dzie „Pięk­no ode­bra­ne Ci w tym życiu żyje wiecz­nie” Gary A. Braun­bec­ka, będą­ce waria­cją na temat opo­wia­da­nia „Guzik, guzik”. Ory­gi­nal­ny kon­cept koja­rzy­łem po sean­sie fil­mu „The box”, któ­ry jed­nak­że świet­ny pomysł wyj­ścio­wy roz­mie­nił idąc w prze­kom­bi­no­wa­ne efek­ciar­stwo. Tym bar­dziej spodo­ba­ła mi się wer­sja Braun­bec­ka. Zwię­zła, skrom­na i opa­trzo­na mistrzow­skim fina­łem. Autor za swo­je opo­wia­da­nia został uho­no­ro­wa­ny mię­dzy inny­mi Bram Sto­oker Award i widać, że dosko­na­le czu­je krót­ką for­mę. Świet­ne opo­wia­da­nie.

Jed­ną z naj­bar­dziej zna­nych ksią­żek Mathe­so­na jest „Pie­kiel­ny dom”, wska­zy­wa­ny przez Ste­phe­na Kin­ga jako jed­na z naj­lep­szych powie­ści gro­zy XX wie­ku. „Powrót do pie­kiel­ne­go domu” Nan­cy A. Col­lins to hor­ror w czy­stej posta­ci. Nie­po­ko­ją­cy, krwa­wy i prze­peł­nio­ny per­wer­sją wszel­kiej maści. Choć nie jest to opo­wia­da­nie szcze­gól­nie odkryw­cze, to jako fan opo­wie­ści z ducha­mi z rado­ścią śle­dzi­łem wyda­rze­nia w nawie­dzo­nym domu Bela­sców. Tym bar­dziej, że Col­lins w tym kla­sycz­nym oto­cze­niu czu­je się świet­nie, umie­jęt­nie gra­jąc na ocze­ki­wa­niach i przy­zwy­cza­je­niach czy­tel­ni­ka. Jeden z naj­dłuż­szych i naj­lep­szych tek­stów w zbio­rze.

Trze­cie wyróż­nie­nie idzie do rodzi­ny Kin­gów. „Gaz do dechy”, pierw­sze wspól­ne doko­na­nie Ste­phe­na Kin­ga i jego syna Joe Hil­la jest waria­cją na temat wiel­bio­ne­go przez mnie „Poje­dyn­ku na szo­sie”. Co by było gdy­by miej­sce prze­śla­do­wa­ne­go przez kie­row­cę cię­ża­rów­ki samo­cho­du zajął moto­cy­klo­wy gang? I jak twar­dzie­le na moto­rach pora­dzi­li­by sobie z takim zagro­że­niem. Nie jest to naj­lep­szy tekst w tym zbio­rze, ale zde­cy­do­wa­nie god­ny uwa­gi. Akcja od pierw­szej stro­ny pędzi z zawrot­ną pręd­ko­ścią i nie zwal­nia aż do wybu­cho­we­go fina­łu. W całym opo­wia­da­niu widać tak­że, że pisa­rze dobrze się bawi­li two­rząc tę histo­rię. I nastrój ten udzie­la się czy­tel­ni­ko­wi.

Uwierz­cie, że to tyl­ko część tek­stów zasłu­gu­ją­cych na wyróż­nie­nie. Świet­ne jest opo­wia­da­nie „Wezwa­ny” Pau­la F. Wil­so­na. Jako miło­śni­ko­wi wester­nu i opo­wie­ści o podró­żach w cza­sie wyśmie­ni­cie się bawi­łem przy „Dwóch strza­łach z Foto­ga­le­rii Fly’a” Joh­na Shirley’a. A jest jesz­cze per­fek­cyj­nie spu­en­to­wa­ny „Nawrót” Ed Gor­ma­na, sza­lo­na „Zdo­bycz” Joe R. Lansdale’a, czy bar­dzo przy­jem­ny „Pod­nieb­ny dżo­kej” Strie­be­ra. Wymie­niać mógł­bym dalej, ale lepiej po pro­stu sami odkryj­cie te histo­rie. Tym bar­dziej, że parę słab­szych tek­stów jak „Pamięt­nik Louise Carey”, czy będą­cy jedy­ną tak jaskra­wą kla­pą „Ven­tu­ri” Mathe­so­na junio­ra nie popsu­ją Wam zaba­wy. Ja przy tym zbio­rze bawi­łem się dosko­na­le i pole­cam Wam zagłę­bie­nie się w ten uni­kal­ny świat Richar­da Mathe­so­na, tym bar­dziej, że obec­nie anto­lo­gię moż­na dostać napraw­dę za gro­sze. Tyl­ko ostrze­gam, będzie­cie mie­li ocho­tę na wię­cej.

Ps. Jeże­li macie ocho­tę posłu­chać wię­cej o opo­wia­da­niu duetu King/Hill zapra­szam na Radio SK tutaj.

Tekst uka­zał się pier­wot­nie na Jerry’s Tales. Sko­men­tuj pod pier­wot­nym postem!

Michał Rakowicz

Michał Rakowicz

Redaktor Carpe Noctem i współtwórca Konglomeratu podcastowego. Miłośnik horroru, kryminału i fantastyki w niemal każdej postaci, nieustannie walczący z pokusą dokupienia kolejnej książki i komiksu do systematycznie puchnącej kolekcji.