James Bond – podsumowanie rozdziału z Danielem Craigiem

Bli­sko dzie­sięć lat od pre­mie­ry pierw­sze­go fil­mu o Bon­dzie z Danie­lem Cra­igiem w roli Agen­ta 007, zakoń­czy­li­śmy kolej­ny roz­dział nie­śmier­tel­ne­go cyklu. Był to okres dla fanów mar­ki prze­dziw­ny, pełen zmian i sprzecz­no­ści. Po jubi­le­uszo­wym, dwu­dzie­stym fil­mie („Śmierć nadej­dzie jutro”), któ­ry miast god­ne­go uko­ro­no­wa­nia pew­ne­go eta­pu, oka­zał się peł­nym idio­tycz­nych roz­wią­zań fabu­lar­nych, prze­gię­tych gadże­tów, nie­tra­fio­nych pomy­słów i CGI pro­duk­cyj­nia­kiem, seria po raz kolej­ny w histo­rii sta­nę­ła na rozdrożu.

Na ratu­nek wezwa­no Mar­ti­na Camp­bel­la, któ­ry tak zna­ko­mi­cie spraw­dził się na pla­nie „Gol­de­neye”, a duet sce­na­rzy­stów zna­ny z dwóch wcze­śniej­szych fil­mów, czy­li Purvis/Wade dostał wspar­cie ze stro­ny Pau­la Hag­gi­sa. Zagra­no ryzy­kow­nie. Posta­wio­no się­gnąć po wąt­ki z pierw­szej książ­ki o przy­go­dach Jame­sa Bon­da, połą­czo­ne z począt­kiem jego pra­cy jako agen­ta 00 oraz mak­sy­mal­nym reali­zmem opo­wie­ści. Było to posu­nię­cie dys­ku­syj­ne, bo odar­to tym samym film z wie­lu ele­men­tów, któ­re były przez fanów postrze­ga­no jako imma­nent­ne dla serii. Nie poja­wia się Q, ani Money­pen­ny, gadże­ty ogra­ni­czo­no do mini­mum, zre­zy­gno­wa­no z kla­sycz­nych drin­ków, a sam Bond jest zim­nym pro­fe­sjo­na­li­stą, któ­ry czę­ściej uży­wa bru­tal­nej siły niż pisto­le­tu. Tym samym „Casi­no Roy­ale” fak­tycz­nie oka­za­ło się być pew­ną nową jako­ścią, a mimo narze­kań czę­ści fanów film osią­gnął spo­ry sukces.

Pamię­tam, że bez­po­śred­nio po sean­sie mia­łem mie­sza­ne uczu­cia. Dosta­li­śmy bowiem nała­do­wa­ny świet­ny­mi, kapi­tal­nie zre­ali­zo­wa­ny­mi sekwen­cja­mi film akcji, zgrab­nie połą­czo­ny z zadzi­wia­ją­co dużą ilo­ścią ele­men­tów sto­no­wa­nych, budu­ją­cych napię­cie ina­czej niż tyl­ko na pro­stej bit­ce. Ale cały czas mia­łem z tyłu gło­wy pyta­nie czy to jesz­cze Bond, czy może już tyl­ko kolej­ny spraw­ny akcyj­niak? Do tego oka­za­ło się, że twór­cy zde­cy­do­wa­li się na jesz­cze jeden kon­tro­wer­syj­ny zabieg. Nie domknę­li bowiem głów­ne­go wąt­ku zosta­wia­jąc otwar­te pole do bez­po­śred­niej kontynuacji.

I tak napraw­dę doce­ni­łem w peł­ni „Casi­no Roy­ale” po obej­rze­niu sequ­ela. O ile pierw­szy film z Cra­igiem był raczej zgod­nie chwa­lo­ny, to już „Quan­tum of Sola­ce” spo­tka­ło się z mie­sza­ny­mi recen­zja­mi. A ja przy­znam się, że bar­dzo lubię ten film. I tak jak wspo­mnia­łem, dopie­ro z per­spek­ty­wy kon­ty­nu­acji widać jak bar­dzo zmyśl­ne było „Casi­no Roy­ale”. Zosta­jąc jesz­cze na chwi­le przy tym fil­mie to, to co uwa­żam w nim za naj­bar­dziej uda­ne to fabu­ła, jej spo­sób poda­nia oraz kre­acja posta­ci. Fabu­ła z jed­nej stro­ny jest cie­ka­wą, w mia­rę domknię­tą cało­ścią, a z dru­giej rzu­ca nam tro­py świad­czą­ce o tym, że intry­ga, któ­rą śle­dzi­my to tyl­ko wierz­cho­łek góry lodo­wej. Zaś dzię­ki ure­al­nie­niu cało­ści, histo­ria wypa­da dużo bar­dziej wia­ry­god­nie, a my mamy cały czas poczu­cie, że auten­tycz­nie jeste­śmy czę­ścią wyda­rzeń i roz­wią­zu­je­my spra­wę razem z Bon­dem. Dru­ga rzecz to posta­ci. Bond jest świet­ny. Bru­tal­ny (sza­le­nie moc­na sce­na w amba­sa­dzie), bez­względ­ny (roz­mo­wa z M nad cia­łem zabi­tej kobie­ty) i efek­tyw­ny (akcja na lot­ni­sku). Ale nie zro­bio­no z nie­go maszy­ny do zabi­ja­nia. Widać, że cza­sem się waha, cza­sem myli, w sytu­acji kry­zy­so­wej towa­rzy­szy mu strach, a w koń­cu potra­fi się tak­że zako­chać. Ale tu nie­mal­że każ­dy z boha­te­rów jest rów­nie inte­re­su­ją­co nakre­ślo­ny. Rene Mathis, któ­re daje mło­dzia­ko­wi wspar­cie w trud­nych momen­tach. Vesper Lynd, któ­ra nie jest typo­wą „dziew­czy­ną Bon­da”, ale jed­nym z moto­rów wyda­rzeń. „M”, któ­ra pró­bu­je zbu­do­wać z nowym agen­tem 00 nić zaufa­nia i poro­zu­mie­nia. A to samo tyczy się też „czar­nych cha­rak­te­rów”. Mimo pew­ne­go pod­ko­lo­ry­zo­wa­nia (krwa­we łzy Le Chiif­fre) pozo­sta­ją oni cały czas sza­le­nie wia­ry­god­ni, a ich dzia­ła­nia wyda­ją się uza­sad­nio­ne i pomy­sło­we. Im nie cho­dzi o wła­dzę nad świa­tem, ale o rzecz tak pro­za­icz­ną i oczy­wi­stą jak pie­nią­dze. W połą­cze­niu ze świet­nym aktor­stwem (tu napraw­dę kapi­tal­nie udał się casting) i bar­dzo dobrą reali­za­cją dosta­li­śmy dosko­na­łe otwar­cie nowe­go rozdziału.

I tak jak wspo­mnia­łem, uwa­żam, że kon­ty­nu­acja jest rów­nie uda­na, co zawdzię­cza­my umie­jęt­ne­mu roz­wi­nię­ciu wąt­ków z pierw­sze­go fil­mu. Bo moim zda­niem o „Quan­tum of Sola­ce” trze­ba mówić jako o środ­ko­wej czę­ści try­lo­gii (dla­cze­go o tym za chwi­lę), a nie samo­dziel­nym fil­mie. To z resz­tą jest jeden z pod­sta­wo­wych zarzu­tów do tego obra­zu, że nie bro­ni się jako samo­dziel­ny byt. Oso­bi­ście nie podzie­lam tej opi­nii, ale zde­cy­do­wa­nie „Quan­tum of Sola­ce” zysku­je w duecie. Bo to jest bar­dzo kon­se­kwent­ne pocią­gnię­cie histo­rii z „Casi­no Roy­ale” (cza­sem zasta­na­wiam się nawet, czy nie moż­na było zakoń­czyć pierw­sze­go fil­mu sce­ną kie­dy Vesper z Bon­dem wpły­wa­ją do Wene­cji, a fina­ło­wą sekwen­cję zosta­wić wła­śnie na otwar­cie sequ­ela). Po pierw­sze fabu­ła. Mówi się, że nie moż­na się poła­pać i nie wia­do­mo o co cho­dzi. Odświe­ży­łem sobie teraz oba fil­my po raz kolej­ny i nie wiem skąd ten zarzut. Od począt­ku mamy kon­ty­nu­ację śledz­twa w spra­wie orga­ni­za­cji, któ­rej człon­ka­mi byli Le Chif­fre i Pan Whi­te. Orga­ni­za­cji, któ­ra jak się oka­zu­je ma szer­sze konek­sje niż począt­ko­wo przy­pusz­cza­no. Podob­nie jak w pierw­szym fil­mie, bar­dzo podo­ba mi się oś fabu­lar­na sku­pio­na wokół kolej­nej gałę­zi dzia­łal­no­ści Orga­ni­za­cji, jaką tym razem oka­zu­je się być „eko­lo­gia” i desta­bi­li­za­cja sytu­acji w kra­jach roz­wi­ja­ją­cych się. Z resz­tą w mojej oce­nie całe śledz­two bar­dzo zgrab­nie odsła­nia kolej­ne ele­men­ty ukła­dan­ki i cały czas trzy­ma w napię­ciu co do dal­sze­go roz­wo­ju wydarzeń.

Do tego nie zapo­mnia­no o wąt­kach oso­bi­stych i roz­wo­ju posta­ci. Bond, choć pró­bu­je się z tym masko­wać, trak­tu­je spra­wę oso­bi­ście, a zemsta jest jego moto­rem napę­do­wym. To powo­du­je, że jest jesz­cze bar­dziej bez­względ­ny i bru­tal­ny niż wcze­śniej. Bar­dzo faj­nie popro­wa­dzo­no wąt­ki Rene Mathi­sa oraz „M”, któ­re to posta­ci nie dość, że mają cie­ka­wą rolę do ode­gra­nia to ich rela­cje z Bon­dem, pogłę­bia­ją jego cha­rak­te­ry­sty­kę. Do tego „czar­ne cha­rak­te­ry” znów wypa­da­ją bar­dzo faj­nie. Z jed­nej stro­ny sko­rum­po­wa­ny skur­wiel Medra­no, z dru­giej Domi­nic Gre­ene (kapi­tal­na rola Mathieu Amal­ri­ca), czy­li zim­ny drań o apa­ry­cji nie­szko­dli­we­go biz­nes­ma­na i filan­tro­pa. No a jest jesz­cze Camil­le Mon­tes, czy­li nowa „dziew­czy­na Bon­da”, któ­ra jest jed­ną z nie­wie­lu kobiet, któ­re dla agen­ta 007 nie sta­ły się środ­kiem do celu, albo „łóż­ko­wym prze­ryw­ni­kiem”, tyl­ko peł­no­praw­ną part­ner­ką. Bar­dzo podo­ba mi się roz­pi­sa­nie rela­cji tej pary, począw­szy od nie­uf­no­ści, do stop­nio­we­go sza­cun­ku i zaufa­nia. Jed­na z naj­le­piej popro­wa­dzo­nych rela­cji dam­sko-męskich w serii.

Ale nie tyl­ko fabu­lar­nie oraz od stro­ny posta­ci ten film tak dobrze mi się oglą­da. W „Quatum of Sola­ce”, może poza jed­ną sce­ną (wal­ka na wie­ży) posta­wio­no na jesz­cze więk­szy realizm scen akcji. Według mnie wypa­da to świet­nie. Pogoń na dachach, wal­ka w hote­lu, czy akcja z samo­lo­tem to kino roz­ryw­ko­we naj­wyż­szej pró­by. I piszę o tym, mając świa­do­mość, że to jest kolej­ny moc­no kry­ty­ko­wa­ny ele­ment. Narze­ka­no na zbyt szyb­ki i cha­otycz­ny mon­taż (sam począ­tek fil­mu fak­tycz­nie tro­chę pod tym kątem kule­je, ale też bio­rę to na karb tego, że jed­nak sto­ją­cy za kame­rą Marc Foster nie miał wcze­śniej doświad­cze­nia w kinie akcji) i nad­mier­ną bru­ta­li­za­cję cało­ści. Ale moim zda­niem ten film taki musiał być. Nie zapo­mi­naj­my, że on kon­ty­nu­uje wąt­ki z „Casi­no Roy­ale”. Mamy więc oso­bi­stą ven­det­tę, pod­krę­co­ną śmier­cią kolej­nych przy­ja­ciół oraz ryzy­kow­ne śledz­two, w któ­rym jeden fał­szy­wy ruch może zakoń­czyć się tra­gicz­nie. „Quan­tum of Sola­ce” choć jest bli­sko 40 minut krót­sze od poprzed­ni­ka, inten­syw­ne, moc­ne i nała­do­wa­ne emo­cja­mi po brze­gi. A przy tym ostat­ni akt (Gre­ene na pusty­ni i Sybe­ria) poka­zu­ją, że sce­na­rzy­ści bar­dzo kon­se­kwent­nie budu­ją to uni­wer­sum, a wszyst­kie posta­ci ewo­lu­ują w toku wyda­rzeń. Co dodat­ko­wo mnie cie­szy­ło, to fakt, że sequ­el pod­su­wa fanom smacz­ki i nawią­za­nia, któ­re czy­nią z nie­go nie tyl­ko god­ną kon­ty­nu­ację, ale tak­że moc­ny punkt cyklu.

Wspo­mnia­łem o tym, że „Quan­tum of Sola­ce” powin­no się roz­pa­try­wać jako środ­ko­wą część try­lo­gii, ale nie­ste­ty dwa świet­ne fil­my nie docze­ka­ły się rów­nie uda­ne­go pocią­gnię­cia klu­czo­wych wąt­ków. I tak jak wie­lu czy­tel­ni­ków Kin­ga zasta­na­wia się jak­by wyglą­da­ła „Mrocz­na Wie­ża”, gdy­by zosta­ła wcze­śniej zakoń­czo­na, tak ja nie mogę prze­stać myśleć jak epic­kim zwień­cze­niem try­lo­gii mógł­by być trze­ci film gdy­by nie zawi­ro­wa­nia jakich dozna­ło MGM. Nie­ste­ty bowiem w związ­ku z potęż­ny­mi pro­ble­ma­mi finan­so­wy­mi oraz zamie­sza­niem z pra­wa­mi autor­ski­mi, na kolej­ne­go Bon­da trze­ba było cze­kać pięć lat. Tak dłu­ga prze­rwa nało­ży­ła się jesz­cze na okrą­głą, pięć­dzie­sią­tą rocz­ni­cę cyklu i zamiast domknię­cia histo­rii Quan­tum dosta­li­śmy film, któ­ry znów moc­no prze­me­blo­wał uni­wer­sum. Na stoł­ku sce­na­rzy­sty Hag­gi­sa zastą­pił John Logan, reży­se­rem został Sam Men­des, a twór­cy posta­no­wi­li naj­pierw hucz­nie uczcić okrą­głą rocz­ni­cę. I nie­ste­ty zacznę teraz moc­no narze­kać. Na począ­tek jed­nak uwa­ga ogól­na. Choć uwa­żam dwa kolej­ne fil­my z Cra­igiem za rów­nię pochy­łą oraz wyraź­ny krok wstecz, to jed­nak trze­ba twór­com oddać, że w obu fil­mach mamy dużo bar­dzo dobrych sekwen­cji i pomy­słów. Szko­da tyl­ko, że jako całość wypa­da to jed­nak tak słabo.

Dla­cze­go uwa­żam oba fil­my za wyraź­ny krok wstecz? Po ure­al­nie­niu fabu­ły w pierw­szych dwóch fil­mach i dobrym począt­ku „Sky­fall”, całość zaczy­na dry­fo­wać nie­bez­piecz­nie w kie­run­ku paten­tów rodem z minio­nej epo­ki i prze­ry­so­wa­nych łotrów z lat 70tych i 80tych. Widać to wyraź­nie w „Sky­fall”, gdzie po świet­nej pierw­szej poło­wie całość kom­plet­nie zmie­nia kie­ru­nek, dopro­wa­dza­jąc do dra­ma­tycz­ne­go fina­łu (o nim zaraz wię­cej wkrót­ce), ale kosz­tem logi­ki i spój­no­ści świa­ta. Tak jak wspo­mnia­łem posta­no­wio­no uczcić pięć­dzie­się­cio­le­cie serii i w „Sky­fall” to widać, bo wra­ca mnó­stwo sta­rych zna­jo­mych. Dosta­je­my nowe­go Q, nową Money­pen­ny, choć Bond pije piwo, to i kla­sycz­ny drink wra­ca, a do tego gadże­ty, kla­sycz­ny Aston Mar­tin i parę innych smacz­ków dla fanów. Pro­blem nie leży jed­nak w tym, że powró­co­no do sta­rych pomy­słów. Pro­ble­mem jest fabu­ła i głów­ny anta­go­ni­sta, któ­ry jest ska­mie­li­ną żyw­cem prze­nie­sio­ną z sta­rych fil­mów. Silva jest prze­ry­so­wa­ny do gra­nic absur­du, a jego moty­wa­cje i dzia­ła­nia idio­tycz­ne, szcze­gól­nie jeże­li się zesta­wi jego moż­li­wo­ści z począt­ku fil­mu (wysa­dze­nie sie­dzi­by MI6) z kom­plet­nie bez­myśl­nym i dzi­wacz­nym pla­nem w jego dru­giej poło­wie (mam uwie­rzyć to, że czło­wiek, któ­ry mógł zde­mo­lo­wać sie­dzi­bę MI6 daje się zła­pać, aby dotrzeć do M?!). I wła­śnie ten ele­ment, pod­par­ty inny­mi roz­wią­za­nia­mi fabu­lar­ny­mi sta­rej daty (wal­ka z jasz­czu­ra­mi) oraz pro­ble­ma­tycz­nym przed­sta­wie­niem Bon­da jako agen­ta po przej­ściach (przy­po­mnij­my, że chwi­lę wcze­śniej w „Quan­tum” był mło­dym agen­tem, a tu eks­po­nu­je się jego siwi­znę i ogry­wa motyw jego nie­zdol­no­ści do służ­by) powo­du­je u mnie strasz­ny dyso­nans i dys­kom­fort. Tym więk­szy, że na uczcze­nie rocz­ni­cy twór­cy posta­no­wi­li zde­to­no­wać praw­dzi­wą bom­bę i uśmier­ci­li M.

I to jest rzecz, któ­ra z jed­nej stro­ny sza­le­nie mi się spodo­ba­ła, bo sta­no­wi­ła pew­ne uho­no­ro­wa­nie ery Judi Dench w roli M. A choć­by ze wzglę­du na fakt, że z księ­go­wej zamie­ni­ła ona sze­fo­wą Bon­da w postać z krwi i kości, nale­żą się jej duże bra­wa. Nie­ste­ty roze­gra­no ten wątek w bar­dzo nie­uda­ny spo­sób, ogłu­pia­jąc tro­chę i M i Bon­da i dopro­wa­dza­jąc do tra­ge­dii w dość banal­ny spo­sób. Szko­da, bo w mojej oce­nie ta postać zasłu­gi­wa­ła na lep­sze zakończenie.

I stąd wyni­ka­ją moje, tak bar­dzo mie­sza­ne, uczu­cia w sto­sun­ku do „Sky­fall”. Niby bawi­łem się dobrze, ale jed­nak to nie było to cze­go ocze­ki­wa­łem. Z jed­nej stro­ny dosta­je­my kon­ty­nu­ację nowe­go sty­lu (świet­ne otwar­cie w Tur­cji), faj­ne smacz­ki dla fanów (nowi Q, M i Money­pen­ny wypa­da­ją cał­kiem faj­nie) oraz bar­dzo wido­wi­sko­we sekwen­cje (kapi­tal­nie nakrę­co­na sce­na w wie­żow­cu, czy pierw­sza roz­mo­wa z Silvą). Ale te dobre pomy­sły są spa­pra­ne zła­ma­niem reali­stycz­nej kon­wen­cji na korzyść powro­tu do sta­rych paten­tów i łotrów bre­dzą­cych o wła­dzy nad świa­tem oraz sła­bym popro­wa­dze­niem nie­któ­rych wąt­ków. Przy­ją­łem jed­nak, że to był film po dłu­giej prze­rwie, a do tego rocz­ni­co­wy, więc pew­nie w kolej­nym wró­ci­my do wąt­ków zapo­cząt­ko­wa­nych we wcze­śniej­szych filmach.

Choć mia­łem tro­chę racji to z per­spek­ty­wy cza­su stwier­dzam, że wolał­bym się jed­nak mylić. Bo nie takie­go zakoń­cze­nia wąt­ków z „Casi­no Roy­ale” i „Quan­tum of Sola­ce” się spo­dzie­wa­łem. Zacznę jed­nak od tego, że choć zaraz zacznę wyle­wać wia­dro pomyj na „Spec­tre” to nie jest zły film. To jest film okrut­nie roz­cza­ro­wu­ją­cy i będą­cy nie kro­kiem, a sko­kiem wstecz w sto­sun­ku do tego co zapro­po­no­wa­no nam na począt­ku tego roz­dzia­łu. „Spec­tre” jest fil­mem bar­dzo wyraź­nie podzie­lo­nym na sekwen­cje i poszcze­gól­ne z nich oglą­da się faj­nie jako takie tro­chę auto­no­micz­ne etiu­dy, ale nie­ste­ty nie sta­no­wią one satys­fak­cjo­nu­ją­cej cało­ści. Pro­ble­ma­tycz­nych kwe­stii jest tu sporo.

Nie rozu­miem dla­cze­go sce­na­rzy­ści tak bar­dzo skon­cen­tro­wa­li się na mru­ga­niu okiem do widza. Zaczy­na to być bar­dzo iry­tu­ją­ce we współ­cze­snej (pop)kulturze, że twór­cy uzna­ją, że nawią­za­nia i smacz­ki będą czymś faj­nym same w sobie, a nie jako coś czym powin­ny być, czy­li przy­pra­wą do głów­ne­go dania. „Spec­tre”, z wyjąt­kiem otwie­ra­ją­cej sekwen­cji w Mek­sy­ku oglą­da się jak kal­kę poprzed­nich fil­mów. Momen­ta­mi mia­łem wra­że­nie, że tu każ­dy, nad­zwy­czaj co praw­da wysma­ko­wa­ny kadr (Men­des ma rękę do stro­ny este­tycz­nej), jest cyta­tem lub nawią­za­niem do inne­go fil­mu z serii. Pomysł, któ­ry mógł­by zadzia­łać w jakimś fil­mie rocz­ni­co­wym, ale tutaj wypa­da bar­dzo sła­bo. A jak­by tego było mało to część ele­men­tów (strój, wygląd, zacho­wa­nie Obe­rhau­se­ra), wąt­ków (Q poma­ga­ją­cy Bon­do­wi wbrew roz­ka­zom) i pomy­słów (Wywiad niczym Hydra zja­da­ją­ca S.H.I.E.L.D w „Zimo­wym Żoł­nie­rzu) to tak­że total­ny recykling.

Wspo­mnia­łem, że liczy­łem na domknię­cie try­lo­gii i fak­tycz­nie tako­we dosta­je­my, ale nie­ste­ty w mojej oce­nie fabu­lar­nie całość total­nie się roz­ła­zi. Uwa­ga spoj­ler! (to nie­wy­bred­ny żart), orga­ni­za­cja, któ­rą ści­gał Bond to sła­wet­ne „Wid­mo”. Ale nagle oka­zu­je się, że ta pre­cy­zyj­nie i nowo­cze­śnie funk­cjo­nu­ją­ca orga­ni­za­cja z wcze­śniej­szych fil­mów w „Spec­tre” dzia­ła jak za cza­sów zim­nej woj­ny, a to co śle­dzi­my na ekra­nie, spo­wo­do­wa­ło, że ja coraz sze­rzej otwie­ra­łem oczy ze zdu­mie­nia. I jak teraz o tym myślę to stę­że­nie głu­pot jest tak duże, ze nawet nie wiem od cze­go zacząć. Przy­god­ny romans z żoną zabi­te­go człon­ka Spec­tre, któ­ry jest chy­ba tyl­ko po to aby­śmy wró­ci­li do moty­wu typo­wej „dziew­czy­ny Bon­da”, Pan Whi­te, któ­ry nagle (nomen omen) zosta­je wybie­lo­ny i zysku­je odku­pie­nie, jego mło­dziut­ka cór­ka, któ­ra jest klu­czem do roz­pra­co­wa­nia Orga­ni­za­cji (bo zaiste Whi­te nie mógł powie­dzieć Bon­do­wi sam co usta­lił, musiał go wysłać do ukry­wa­ją­cej się cór­ki). Bond z pan­ną Whi­te wcho­dzą­cy w pasz­czę lwa kom­plet­nie bez przy­go­to­wa­nia i nie wia­do­mo tak napraw­dę po co. A i tak to wszyst­ko bled­nie kie­dy Obe­rha­su­er zdra­dza swo­je cele (toż­sa­me z cela­mi i meto­da­mi Silvy, co suge­ru­je, że ten wątek miał od począt­ku sta­no­wić waż­ny ele­ment try­lo­gii, szko­da, że sce­na­rzy­ści zapo­mnie­li, że już go wyko­rzy­sta­li), moty­wa­cje (zły Tatuś) i aktu­al­ną toż­sa­mość (po Mamu­si). Wte­dy ogar­nął mnie już napraw­dę pusty śmiech.

Tak jak chwa­li­łem posta­ci w „Casi­no Roy­ale” i „Quan­tum of Sola­ce”, tak w „Spec­tre” ich kre­acja leży. Wiem, że rela­cja Bon­da i Q jest faj­nie roz­pi­sa­na, ale co z tego, sko­ro sam Q jest źle popro­wa­dzo­ny. Z resz­tą tak jak w zasa­dzie wszy­scy uczest­ni­cy dra­ma­tu. Mal­lo­ry, bie­ga jak kur­czak bez gło­wy. Obe­rhau­ser jest kre­owa­ny na uber-prze­ciw­ni­ka Bon­da a wypa­da kary­ka­tu­ral­nie źle (w czym ma nie­ste­ty moim zda­niem jest duży udział fatal­nie obsa­dzo­ne­go Chri­sto­phe­ra Walt­za, któ­ry zapo­mniał, że z pla­nu „Bękar­tów Woj­ny” zszedł parę lat temu), Pan Hinx gra­ny przez Bau­ti­stę, któ­ry przy pierw­szym swo­im wystą­pie­niu jest kre­owa­ny na dru­gie „Buź­kę” zosta­je spro­wa­dzo­ny szyb­ko do roli bez­myśl­ne­go osił­ka bez krzty cha­ry­zmy. No i na koniec Made­le­ine Swann, czy­li cór­ka Pana White’a. Po bar­dzo dobrze napi­sa­nych posta­ciach kobie­cych, czy­li Vesper i Camil­le, ta postać wypa­da fatal­nie. Z tym, że to jest osob­ny pro­blem całe­go wąt­ku roman­tycz­ne­go i tego nagłe­go, gwał­tow­ne­go uczu­cia, któ­ry rodzi się pomię­dzy Bon­dem i jego cór­ką, to zna­czy cór­ką White’a. Ale wie­ko­wo wyglą­da­ją z Bon­dem jak cór­ka z ojcem, wybacz­cie prze­ję­zy­cze­nie. To uczu­cie nie jest wia­ry­god­ne. Prze­mia­na Bon­da nie jest wia­ry­god­na (inna spra­wa, że sce­na­rzy­ści w „Sky­fall” i „Spec­tre” wywa­li­li wcze­śniej­szy roz­wój posta­ci do kosza). I co naj­gor­sze, cały film jest tak topor­nie pisa­ny pod fina­ło­we roz­wią­za­nie, że to aż boli w trak­cie seansu.

Mógł­bym się nad „Spec­tre” pastwić jesz­cze dłu­go, bo to moim zda­niem bar­dzo nie­uda­ny film, ale jako, że w trak­cie sean­su bawi­łem się w porząd­ku, to w tym momen­cie miło­sier­nie zakoń­czę. I tak ten wpis przy­brał roz­mia­ry takie, że pew­nie dwie oso­by doczy­ta­ją do tego miej­sca. Pod­su­mo­wu­jąc, dla mnie oso­bi­ście roz­dział z Danie­lem Cra­igiem w roli Bon­da to rów­nia pochy­ła. Po świet­nych dwóch fil­mach, któ­re sta­no­wią powiew pew­nej świe­żo­ści i sta­no­wią spój­ną, kon­se­kwent­nie budo­wa­ną całość, dosta­je­my fil­my, któ­re same nie wie­dzą czym chcą być. I tym samym ani nie sta­no­wią cało­ści z duetem „Casino”/”Quantum”, ani nie spraw­dza­ją się dobrze jako w peł­ni auto­no­micz­ne dzie­ła. Bo tak napraw­dę aby doce­nić pew­ne smacz­ki i pomy­sły sce­na­rzy­stów (śmierć M) trze­ba dobrze się w cyklu orien­to­wać. Tym samym ostat­ni film o Bon­dzie znów zapro­wa­dził serię na roz­dro­że. Kolej­ny Bond będzie się pew­nie zaczy­nał powtór­ką z fina­łu „W taj­nej służ­bie jej kró­lew­skiej mości”, ale mam przy­naj­mniej cichą nadzie­je, że Obe­rhau­se­ra już nam nie odgrze­bią. Według mnie twór­cy kolej­nej odsło­ny sto­ją teraz przed dyle­ma­tem jaki kie­ru­nek obrać. Ja trzy­mam kciu­ki aby na coś się zde­cy­do­wa­li i trzy­ma­li się obra­ne­go kie­run­ku. Aby fil­my z agen­tem 007 były jakieś. Kolej­na pró­ba zado­wo­le­nia wszyst­kich może się skoń­czyć jesz­cze więk­sza kla­pą niż w przy­pad­ku „Spec­tre”. I nie cho­dzi mi o finan­se (film zara­bia jakieś osza­ła­mia­ją­ce pie­nią­dze), ale o satys­fak­cję widzów. I choć bar­dzo dużo narze­ka­łem to i tak roz­dział z Cra­igiem uzna­ję za uda­ny. To były dobre Bon­dy. Cze­kam z nie­cier­pli­wo­ścią co przy­nie­sie nam przyszłość.

Ps. Krzy­siek z pod­ca­stu Mysz­masz (mam nadzie­ję, że ich słu­cha­cie) uświa­do­mił mi, że Daniel Cra­ig ma kon­trakt na pięć fil­mów. Co ozna­cza, że ofi­cjal­nie jestem pełen obaw co do kolej­nej odsło­ny cyklu. Napraw­dę słu­cha­jąc Cra­iga i widząc zmę­cze­nie mate­ria­łu u wszyst­kich twór­ców liczy­łem na nowe otwar­cie. Cóż, poży­je­my i zoba­czy­my co nam zaoferują.

Tekst uka­zał się pier­wot­nie na Jerry’s Tales. Sko­men­tuj pod pier­wot­nym postem!

Michał Rakowicz

Michał Rakowicz

http://jerrystales.blogspot.com/

Miłośnik horroru, kryminału i fantastyki w niemal każdej postaci, nieustannie walczący z pokusą dokupienia kolejnej książki i komiksu do systematycznie puchnącej kolekcji. Na co dzień pisze i nagrywa na swoim blogu i udziela się jako redaktor serwisu Carpe Noctem.